sobota, 4 kwietnia 2015

Chapter 1

Stałam i patrzyłam na dom, który wydawał mi się tak obcy mimo, że spędziłam w nim całe swoje dzieciństwo. Wszystko wydawało się być inne. Czułam się tak jakbym widziała ten dom po raz pierwszy, a przecież tak nie było.
Ostatni raz stałam przed nim sześć lat temu. Był to dzień, którego nie zapomnę do końca życia i to nie ze względu na przeprowadzkę do Stanów, a ze względu na to, że moja rodzina całkowicie się tamtego dnia rozpadła. I właśnie dziś stoję przed tym domem z myślą, że będę w nim znowu mieszkać. Tylko, że zamiast mojego ojca będzie jakiś obcy facet. To nie będzie już to samo co było kiedyś.
Chwyciłam za klamkę domu i weszłam do środka. Rozejrzałam się dookoła i zorientowałam się, że to już nie był ten sam dom, co kilka lat temu. Nowe meble, dywany, kolory ścian. Nigdzie nie było żadnego zdjęcia mojego ojca ani żadnego wspólnego z nim. Tak jakby on nigdy nie istniał, jakby był tylko wytworem mojej wyobraźni. Przez to wszystko ten dom wydawał się być dziwny i wyjątkowo pusty. Nie było już tych zieleni, różów i fioletów na ścianach, zastąpiły je beże, biele i czernie. Stoły i szafki nie były już udekorowane przez kolorowe obrusy i równie kolorowych świeczek. Nie było na nich stroików z owoców i zbóż, zdjęć z wakacji i różnych uroczystości. Zamiast tego znajdowały się tam czarne chusty w złote wzroki, książki i ubogie małe bukieciki ususzonych róż. To przypominało dom jakiś starców, a nie ten, w którym się wychowałam.
- Twój pokój jest na górze, Melanie. Pierwsze drzwi po prawą- usłyszałam męski głos za swoimi plecami. 
Andrew Collins. Mój nowy "tata". Wykładowca na jednej z londyńskich uczelni. Nie lubiłam go. Był drętwym, starszym facetem po czterdziestce. Był totalnym przeciwieństwem mojego ojca.
Bez słowa poszłam do swojego pokoju. Gdy do niego weszłam zaniemówiłam. Nie mogłam się ruszyć ani uwierzyć, że to jest mój pokój. Czarno-białe ściany, biała szafa, czarne szafki nocne i czarne łóżko, na którym leżała czarno-biała pościel.To nie mógł być mój stary pokój. Rozejrzałam się jeszcze raz po pomieszczeniu i nie dojrzałam żadnego innego koloru. Żadnego różu, fioletu, zieleni, błękitu. Nie było w nim nic oprócz bieli i czerni.
Stałam tak aż do momentu kiedy za moimi plecami pojawiła się moja matka. Na jej ustach widniał wielki uśmiech.
- Witaj w naszym domu, skarbie- powiedziała miło.
Patrzyłam na nią przez chwilę nie wiedząc, co mam jej odpowiedzieć. To była dla mnie całkiem nowa sytuacja. Przez tyle lat mieszkałam sobie spokojnie z moim ojcem i Abigail w małym apartamencie. Codziennie chodziłam dorabiać w małej kawiarni, która cieszyła się sporą popularnością. Miałam swoich kochanych przyjaciół, którym mogłam ufać. Ale to wszystko musiało się zmienić. Przez śmierć mojego ojca straciłam pracę, dom i przyjaciół. Nie mam mu tego jednak za zła. Nikt nie potrafi przewidzieć swojego losu. Nie mógł wiedzieć, że zachoruje i umrze właśnie tamtego dnia. Mogę się założyć, że nawet się tego nie spodziewał się tego iż odejdzie od nas tak szybko, tak samo jak ja.
- W naszym domu? Raczej twoim. To był mój dom, ale już nim nie jest. Był nim parę lat temu, a teraz to jest już całkiem co innego. Gdzie się podziały te żywe kolory, które towarzyszyły mi każdego? Budziły mnie rankiem, kiedy wstałam i tuliły do snu, kiedy zasypiałam. Gdzie się one podziały? Przecież nie mogły tak po prostu zniknąć, wyparować. To ty musiałaś je zmienić- powiedziałam nareszcie, co tak naprawdę czułam.
Moja matka wpatrywała się we mnie przez chwilę tak jakby nie wiedziała, co mi odpowiedzieć. Na pewno nie takiej odpowiedzi spodziewała się z mojej strony, ale musiałam jej powiedzieć co czuję. Mogłam mówić jeszcze dłużej, ale nie chciałam jej urazić, bo czy tego chcę, czy nie to cały czas jest moja matka, która osiemnaście lat temu urodziła mnie. Wstawała do mnie w nocy, karmiła i wychowywała mnie.
- Mel...
- Nic nie mów. Nie chcę mi się słuchać twoich wyjaśnień. A przynajmniej nie teraz. A ty musisz się z tym pogodzić. Nie masz innego wyjścia. A teraz możesz wyjść? Chcę pobyć przez chwilę sama- przerwałam jej.
Kobieta przytaknęła i opuściła mój pokój. 
Ucieszyło mnie to. Tego, co zrobiła sześć lat temu nie umiem wybaczyć jej do dziś. Jak ona mogła zdradzić mojego ojca? Przez tyle lat sądziłam, że moja matka go kocha, ale to okazało się być jednym wielkim kłamstwem. Byliśmy kochającą się rodzina, ale ona musiała to popsuć. Zrujnować całe moje szczęśliwe życie i zamienić je w istny koszmar. Musiałam przez nią dorastać bez matki. Ale nie to było w tym wszystkim najgorszą rzeczą. Najgorsze było to, że ja o tym dowiedziałam się jako pierwsza. Nigdy nie zapomnę tamtego dnia.
Wróciłam wcześniej  ze szkoły, bo odwołali nam część zajęć. Kiedy weszłam do domu wydawało mi się, że nic się w nim nie zmieniło. Nie zauważyłam dodatkowego płaszcza na wieszaku i pary butów stojących wśród innych, które tak bardzo zapadły mi w pamięć. Wyróżniały się spośród innych, ale mimo to ich nie dostrzegłam. Jak to dziecko rzuciłam plecak, gdzieś w kąt po czym pobiegłam do swojego pokoju. Niestety do niego nie dotarłam. Gdy przechodziłam obok pokoju rodziców usłyszałam dziwne odgłosy. Miałam dziesięć lat i byłam ciekawa świata i to była moja największa wada, ponieważ zamiast ominąć tamtego dnia ten przeklęty pokój, weszłam do niego, a to co zobaczyłam zmieniło całe moje życie. Moja matka całowała się z jakimś mężczyzną i nie był nim mój ojciec, bo był to Andrew. Szef mojej rodzicielki. Stałam tam sparaliżowana, nie mogąc zrobić żadnego ruchu. Byli tak zapatrzeni w siebie, że w ogóle mnie nie zauważyli. Ja jednak cały czas tam byłam i wpatrywałam się w nich, nie mając pojęcia, co się dzieję. Próbowałam ułożyć to sobie w jakiś nie zrozumiały teraz dla mnie sposób i znaleźć odpowiedzieć na to co się dzieje. Ale co ja mogłam? Byłam przecież jedynie dzieckiem, które dopiero poznaje świat i musi się jeszcze wielu rzeczy nauczyć. 
Patrzyłam na nich dłuższą chwilę. Dopiero kiedy zorientowali się, że jestem w pokoju postanowiłam wyjść. Co ja mówię. Ja nie wyszłam tylko wybiegłam. Nie chciałam słuchać żadnych wyjaśnień, a tym bardziej na nich patrzeć. Wybiegłam przed dom, a potem? Potem pobiegłam przed siebie. Biegłam tam, gdzie mnie nogi poniosą. Miałam gdzieś to, że padał deszcz, a ja nie miałam kurtki ani butów. Miałam gdzieś to, że ludzie się na mnie gapili. Ja chciałam tylko uciec od tego co się dzieje. Zapomnieć o tym, co zobaczyłam parę minut temu i wrócić do mojego normalnego życia. Moim największym marzeniem w tamtej chwili było to, aby obudzić się w swoim ciepłym łóżku i dowiedzieć się, że to co się stało było tylko złym snem. 
Jednak ta chwila nigdy nie nastąpiła. I dziś siedzę na parapecie i płaczę na samo wspomnienie tamtego dnia. Mimo, że było to tak dawno to ten dzień nadal we mnie żyję. Mimo iż chcę o nim zapomnieć to nie mogę. To wspomnienie powraca do mnie niczym bumerang.
Z zamyślenia wyrwało mnie pukanie do drzwi. Pomyślałam, że to znowu moja matka, gdy jednak odwróciłam głowę w stronę, z której dobiegał głos ujrzałam Abigail. Blondynka uśmiechnęła się do mnie lekko.
- Mogę wejść?- spytała, a w jej głosie dało się usłyszeć wyraźną nie pewność.
Abby była moją młodszą siostrą, ale mimo to świetnie się dogadujemy. 
Uśmiechnęłam się do niej i wskazałam miejsce przede mną, na którym zaraz siedziała dziewczyna.
- Wszystko w porządku Mel? Nie wyglądasz najlepiej- powiedziała z troską w głosie.
- Wróciłam tu i wszystkie wspomnienia zaczęły we mnie ożywać. Te dobre i te złe. A niestety o niektórych rzeczach chciałabym zapomnieć. Chciałbym, żeby uciekły w zapomnienie i mnie już nie dręczyły każdego dnia i każdej nocy. To jest strasznie męczące- spojrzałam na nią smutno.
Dziewczyna oblizała dolną wargę, wyglądała na zakłopotaną? Tak chyba można to tak ująć.
Czasami chciałbym umieć czytać ludziom w myślach. Mogłabym się wtedy wiele dowiedzieć i znaleźć odpowiedzi na tak wiele pytań. Chociażby na to czy nasza matka faktycznie cieszy się z naszego przyjazdu, czy też tylko udaje. To pytanie męczy mnie od kiedy tylko wylądowaliśmy w Londynie. Nasza matka nie miała innego wyjścia. Musiała nas przygarnąć, bo gdzie byśmy poszły gdyby tego nie zrobiła? Pojawiło się kolejne pytanie, na które raczej nie poznam nigdy odpowiedzi.
I to jest w życiu najgorsze. Mamy tyle pytań, a na większość z nich nigdy nie poznamy odpowiedzi. Na większość z nich nie jest nam dane poznać tej odpowiedzi, a na resztę nie będziemy miały czasu, aby ją znaleźć. Ale takie jest już życie i nic nie możemy z tym zrobić. Możemy tylko przeżyć to życie tak jak należy, a później odejść.
Nie możemy stchórzyć i popełnić samobójstwa tak jak to robią inni. Tak właśnie tak. Uważam, że samobójstwo jest tchórzostwem. Boimy się tego co nas czeka i dlatego to robimy. Sztuką nie jest stchórzenie przed tym co nas czeka i odebranie sobie życia. Sztuką jest przejść przez to życie mimo cierpień, naszych upadków, przeszkód, które napotkamy na swojej drodze i tragedii, które nas spotkają. Takie jest już życie i musimy to zaakceptować.
Siedziałyśmy w ciszy przez dłuższą chwilę, którą musiałam przerwać, bo zaczynała mi już powoli działać na nerwy.
- Jedno wspomnienie nie daje mi spokoju. Ciągle siedzi w mojej głowie i nie chcę wyjść.
- Jakie?- Abby spojrzała na mnie z zaciekawieniem.
- Wspomnienie tamtej ostatniej nocy w Los Angeles. Ja go widziałam i słyszałam jego głos- mówiłam powoli. Tak jakbym zastanawiała się, co powiedzieć.
- Mel to musiało ci się przyśnić. Anioły nie istnieją, więc nie mogłaś go zobaczyć- zaśmiała się, ale mi wcale nie było to śmiechu.
Wspomnienie tamtej nocy znowu pojawiło się w mojej głowie.

***
Kiedy się obudziłam był środek nocy. Otworzyłam zaspane oczy i zobaczyłam jakiegoś chłopaka siedzącego na skraju mojego łóżka. Jeśli można było go nazwać w ogóle chłopakiem.
Nie widziałam go zbyt dobrze, ponieważ było ciemno, ale mogłam dojrzeć delikatne rysy jego twarzy. Loki, które niesfornie opadały mu na twarz. Jednak to nie to najbardziej przykuło moją uwagę. Była rzecz, która nie mogła się równać z żadną inną. A były nią białe skrzydła. Żaden normalny człowiek czegoś takiego nie posiada, a więc to nie mógł być normalny człowiek, a więc kto to był?
Nie było mi jednak dane zastanowienie się nad tym, ponieważ chłopak się odezwał.
- Będę opiekował się tobą najlepiej jak umiem, bo takie jest moje zadanie- wyszeptał. Siedział przez chwilę w ciszy po czym kontynuował.- Pamiętaj, że zawsze byłem, jestem i będę przy tobie, Mel.
Po tych słowach postać chłopaka zniknęła. Rozpłynęła się jakby była duchem. Nie wiedziałam co mam o tym myśleć, a w mojej głowie pojawiały się coraz to nowe pytania. To wydawało się być snem, ale nie było. To nie mogło być snem, bo przecież obudziłam się jakiś czas temu. To było takie dziwne, a zarazem tajemnicze. Kim był ten chłopak? A może powinnam zadać inne pytanie. Czym bym ten chłopak? Aniołem? Duchem? A może zjawą? Było tyle opcji, tyle różnych odpowiedzi, a tak mało czasu. Byłam zbyt zmęczona nad tym, żeby się zastanawiać nad odpowiedzią.
Próbowałam zasnąć, ale nie mogłam. Słowa chłopaka nie dawały mi spokoju. "Będę opiekował się tobą najlepiej jak umiem, bo takie jest moje zadanie" - co to mogło oznaczać? I czemu miałby się mną opiekować? Nie byłam przecież nikim sławnym ani dzieckiem, żeby trzeba było się mną opiekować. To było dla mnie takie nie zrozumiałe i dziwne.
"Pamiętaj, że zawsze byłem, jestem i będę przy tobie, Mel" - skąd on znał moje imię? Ale nie to dręczyło mnie w tym najbardziej. Co to znaczy, że był przy mnie zawsze?

Od autorki: Przepraszam was serdecznie za to, że musieliście tyle czekać na ten rozdział, ale nie mam zbytnio pomysłu na te pierwsze rozdziały i tak źle mi się go pisało. Końcówka prawdę mówiąc mi się nie udało co sami możecie przyznać. Ostatnio wpadłam na dobry pomysł na FanFiction, ale nie wiem czy ktokolwiek będzie chciał je czytać. Dlatego też względy zrobiłam zwiastun. Obejrzyjcie go i powiedzcie czy chcielibyście przeczytać takie FanFiction. Do następnego kochani :*
~Wasza Pauline~